REJESTRACJA LOGOWANIE KONTAKT








Mój koszyk (0)
          KSIĄŻKI           CZASOPISMA           GRY           PROGRAMY           EBOOKI           PAKIETY           PRENUMERATA           PLAKATY              
DARMOWA WYSYŁKA
JUŻ OD 100 ZŁ
         
PRENUMERATA
DO 30% TANIEJ
         
PŁATNOŚCI PRZYJMUJEMY
TAKŻE PRZEZ PAYPAL
     


PRZYPADKI Z ATARI W TLE - część 1.

Lata '90-te to czas prawdziwej konkurencji w świecie komputerów domowych. Nie wszyscy wiedzą, że wśród moich wielu doświadczeń szczególne miejsce zajmuje nie tylko Amiga, ale także Atari. Za sprawą splotu okoliczności wpadłem w środowisko użytkowników komputerów stworzonych przez Jacka Tramiela i mogłem przekonać się na własnej skórze, na ile oba światy są do siebie podobne, a równocześnie - jak bardzo się różnią. Dziś mogę powiedzieć, że mój osobisty rozwój, przebiegający od 8-bitowych modeli Commodore, aż do mocno rozbudowanej Amigi, był powiązany z bezpośrednią obserwacją podobnego procesu u innych osób, rozpoczynającego się od 8-bitowego Atari, poprzez ST, a zakończonego na Falconie.

Obie strony napędzały się wzajemnie, a w międzyczasie dochodziło do wielu obserwacji i porównań, zdziwień i dyskusji na temat wyższości jednego sprzętu nad drugim. W wielu przypadkach prowadziło to do wniosków niezbyt zgodnych z rzeczywistością, ale jednak siłą rzeczy dość dobrze poznałem system i oprogramowanie konkurencyjnych maszyn w stosunku do Commodore, a nawet przez dłuższy czas stałem się codziennym użytkownikiem Atari ST. W związku z powyższym moja ocena z perspektywy czasu jest często inna niż tych osób, których uwaga koncentrowała się na tylko jednej platformie, po czym migrowały na pecety. Prowadzi mnie to również do szeregu wniosków, o których nie omieszkam wspomnieć na koniec.

Zacznijmy jednak od czasu, kiedy jeszcze nie mogłem mieć na stałe własnego komputera. Lata '80-te to dla mnie przede wszystkim czytanie wszystkiego, co mogło przybliżyć mnie - choć w myślach - do posiadania upragnionego sprzętu. Wiedziałem, że po uruchomieniu dowolnego modelu będę miał do dyspozycji język Basic i... kursor. Możecie uznać to za dziwactwo, ale moje zainteresowanie programowaniem było tak wielkie, że kopiowałem na papier układ klawiatury ZX Spectrum i próbowałem nauczyć się jej obsługi "na sucho". Następnie pisałem, wciąż tylko na kartce papieru, pierwsze programy zastanawiając się jak zostaną zinterpretowane poszczególne linie. Ostatnim etapem było rysowanie hipotetycznych rezultatów działania moich algorytmów.

To wszystko sprawiło, że gdy miałem przed sobą pierwszy prawdziwy komputer, od razu chciałem skonfrontować moje wyobrażenia z brutalną rzeczywistością. Cała przygoda nie rozpoczęła się od gier, choć oczywiście nie mogę powiedzieć, że nie poznałem wielu ciekawych tytułów tamtego okresu. W pamięci pozostały mi przede wszystkim takie tytuły jak "The Way of Exploding Fist", "Sabouteur", "Ant Attack", "Atic Attack", "Trap Door" czy "Death Chase". Kto to jeszcze pamięta? Jak możecie się domyślić, moją pierwszą maszyną był Timex 2048, ale kontakt z nim nie był długi. Nie był to bowiem komputer, którego mogłem mieć na własność. Dopiero nieco później miałem swój wymarzony sprzęt - piękne, wspaniałe Commodore Plus/4. Ilość dostępnego oprogramowania nie powalała, dlatego znowu szlifowałem swoje umiejętności w Basicu, a potem również Asemblerze.

Z biegiem czasu chciałem mieć coś lepszego, dzięki czemu mógłbym lepiej realizować swoje pasje. Jedną z nich była muzyka, a w przypadku Plus/4 było to dosyć kłopotliwe. Dlatego, gdy usłyszałem dźwięk z Commodore 64 stwierdziłem - chcę to mieć! Powoli odkrywałem możliwości programów, które zdarzyło mi się zdobyć. W końcu kupiłem swój pierwszy oryginalny program, którym był "Voice Tracker". Do komputera została dokupiona stacja dyskietek i całość działała naprawdę świetnie. Nie odczuwałem potrzeby obcowania z innym komputerem, ale w mojej rodzinie pojawiło się 8-bitowe Atari. Konkretnie model 130XE, którego posiadaczem stał się mój kuzyn. Niestety jego zainteresowania ograniczały się do gier i nie był mi w stanie powiedzieć więcej o możliwościach drzemiących w szarej obudowie z czerwonym logo. Moja wrodzona ciekawość kazała poznawać funkcje komputera i od tego momentu zacząłem porównywać sprzęt Commodore z Atari, na początek oczywiście uważając, że mam w domu "lepszy" komputer .

Moim pierwszym spostrzeżeniem było zdecydowanie bardziej nowoczesne wzornictwo, a także lepsza i ładniejsza klawiatura. Dla kontrastu, bardzo negatywnie oceniłem absurdalnie długi czas ładowania gier z magnetofonu, który wynosił średnio kilkadziesiąt minut. Do tego wystarczyło tupnąć, aby na ekranie pojawił się elegancki "LOAD ERROR". „Jak na ZX Spectrum” - mówiłem z dezaprobatą, bo podobny efekt znałem właśnie z czasów Timexa. Wtedy jednak korzystałem z domowego magnetofonu Grundig i zwykłego złącza słuchawkowego "EAR", a więc nie był to zestaw przystosowany najlepiej do transmisji danych. Byłem więc bardzo zadowolony, że na moim C64 gry wczytują się szybciej i przez pewien czasu powróciłem do poglądu mówiącego, że jednak "nie lubię" Atari.

Sprawa zmieniła się diametralnie, gdy kuzyn zaopatrzył się w stację dyskietek. Nie jestem pewien jaki to był model, ale pamiętam dobrze, że po włączeniu komputera można było od razu "zabootować" nośnik. Na ekranie pojawiał się wybór kilku tytułów do wczytania i już po kilku chwilach można było rozkoszować się swoją ulubioną grą czy programem. To mi się bardzo spodobało, bo na C64 nie mogłem mieć takich udogodnień. Co więcej, zauważyłem, że małe Atari ma swój "DOS"! To było dla mnie już naprawdę dużo i zacząłem szczerze zazdrościć kuzynowi, że posiada bardziej "profesjonalny komputer". Kolejnym elementem był dźwięk, który wcześniej oceniałem niezbyt dobrze. Gdy jednak przez przypadek usłyszałem muzykę z gry "Ghostbusters", jeden z fragmentów przywołał jako żywo piosenkę "Słodkiego, miłego życia" grupy Kombi. Oczywiście nie chodziło o linię melodyczną, a rodzaj zastosowanego brzmienia. Wszystko to sprawiało, że powoli zacząłem patrzeć zupełnie inaczej na Atari. Model 130XE uznałem za sprzęt, który bardziej przypomina komputery 16-bitowe, tyle że posiada formę umożliwiającą konkurencję cenową z C64. Wracając do domu zaczynało denerwować mnie ręczne wpisywanie poleceń "LOAD" i bardzo żałowałem, że nie istnieje sprzęt łączący najlepsze cechy obu komputerów.

W tym okresie poznałem jednak Commodore 128 i graficzny system GEOS, który mógł pracował w rozdzielczości 640x200 punktów i znowu przekonałem się, że 8-bitowe Commodore to nie tylko jeden prosty model, z którego korzystam codziennie. Dodatkowo był co C128D, a więc z wbudowaną stacją dyskietek i oddzielną klawiaturą, a całość uzupełniała drukarka Commodore MPS. Zestawem takim dysponował kolega, który drukował w graficzny sposób dokumenty z programu "GeoWrite". Podobało mi się to niepomiernie, szczególnie podgląd druku na wirtualnej kartce, ale nie mogłem sobie pozwolić na podobny sprzęt, zadowoliłem się więc GEOSem uruchamianym na moim C64. Znowu eksperymentowałem z Asemblerem, w konsekwencji czego powstało kilka prostych dem, a nawet program do generowania grafiki wektorowej.

To wszystko zmieniło się, gdy kuzyn postanowił kupić komputer 16-bitowy. To właśnie u niego widziałem i „dotykałem” po raz pierwszy Atari ST, a mówiąc dokładniej - model 1040STFM. Sprzęt był podłączony do monitora Commodore 1084S, ale teoretycznie nie widziałem w tym nic dziwnego. Był to model przeznaczony do różnych komputerów, choć myśląc o tym dzisiaj stwierdzam, że mimo wszystko zwróciłem na ten szczegół uwagę i z pewnością nie bez przyczyny. Podobało mi się, że Atari „wymaga” monitora Commodore. Niestety kuzyn znowu ograniczył się do gier, a ja jako punkt honoru postawiłem sobie sprawdzenie co potrafi jego nowy nabytek. Dlatego zaopatrzony w dyskietki i książki dołączone do komputera, zacząłem studiować funkcje Atari i znowu zaczęło się porównywanie. Zabawy z Logo i Basiciem wyświetlanym w oknach GEMu zajęły mnie na dłuższą chwilę, poznałem także możliwości pulpitu i ogólnie wszystko bardzo przypominało mi to, co mogę zobaczyć pod GEOSem, lecz - szybciej, sprawniej i z wyższą rozdzielczością.

Być może zostałbym nawet wyznawcą Atari, ale los sprawił, że niedługo później uległem poważnemu wypadkowi i znalazłem się w szpitalu. Spędziłem tam jakiś czas, a po powrocie czekała na mnie niespodzianka przygotowana przez moją rodzinę - własny 16-bitowy sprzęt w postaci Amigi 500 z monitorem 1084ST. I znowu - miałem tylko dyskietki systemowe, a komputer miał 512 kilobajtów pamięci. Zacząłem więc wgrywać Workbencha i porównywać jego funkcje z tym, co widziałem wcześniej na ST. Nie mogę powiedzieć, że ekran Amigi był mi całkiem obcy, bo bardzo dużo o niej czytałem, ale nigdy wcześniej nie miałem okazji nie tylko jej używać, ale nawet widzieć na własne oczy.

Moje praktyczne spostrzeżenia były następujące: Workbench w wersji 1.3 jest dziwnie niebieski, ale nie przeszkadzało mi to, bo szybko odkryłem, że kolory można łatwo zmieniać. Amiga Basic jest strasznie niestabilny, ale na szczęście nie jest to jedyny język programowania dla "przyjaciółki". Natomiast to, co mi się naprawdę spodobało to okno "AmigaShell" oraz możliwości programów widocznych na systemowym blacie. Lubiłem także uruchamiać edytor czcionek, generator mowy oraz dołączone programy demonstracyjne wyświetlające skomplikowane animowane wzory na oknach Workbencha. Prawdziwy multitasking!

Moja radość nie trwała jednak długo, bo zaraz zorientowałem się, że wbudowane 0,5 megabajta pamięci nie zda się na zbyt dużo. Dokupiłem więc rozszerzenie pamięci, oczywiście do przysłowiowego "jednego mega". Zaopatrzyłem się również w kilka gier i programów, wśród których znalazł się "Disney Animation Studio" oraz "F-15 Strike Eagle II". Nie powiem, żeby nie zrobiło to na mnie wrażenia. Ciekawe, bardzo kolorowe ikony programu, płynność animacji i ogólne możliwości manipulowania obrazem sprawiły, że na chwilę zachciało mi się rysować. Symulator lotu nie działał specjalnie płynnie, ale powitał mnie rysunek fotograficznej jakości, a potem gra w stylu, którym mogłem wcześniej oglądać tylko w czasopismach "Bajtek" i "Komputer".

Używałem więc swojej Amigi z zadowoleniem, aż pewnego razu w moje ręce wpadł program "ProWrite", a potem "PageStream". Były to oczywiście wczesne wersje, ale dla mnie wtedy były mocno rozbudowane. Pierwszy to procesor tekstu, choć uważałem go po prostu za edytor tekstu z możliwością ustawiania różnych czcionek. Za to w drugim programie od razu rozpoznałem poważne "Desktop Publishing" i wiedziałem, że będzie wymagał dużej ilości pamięci. Nie spodziewałem się jednak, że trzeba będzie tak często przekładać dyskietki, przez co całość dla mnie – przynajmniej półprofesjonalna - stawała się praktycznie niemożliwa do używania. Miałem co prawda już dwie stacje dyskietek, w tym jedną 5,25 cala, ale widziałem, że program zdecydowanie domaga się obecności twardego dysku. Doceniałem jednak fakt, że na mojej Amidze mogę składać tekst, choć z problemami wynikającymi z wolnego i ograniczonego nośnika danych.

W pewnym momencie dostałem wiadomość - kuzyn kupił kolorową drukarkę do Atari. Jak się okazało był to model Star LC-200, a więc w tym okresie sprzęt będący zdecydowanie na topie. Zgadnijcie jaki program był w użyciu na ST? Oczywiście, nie mylicie się - słynny "Calamus". Oglądając ekran na monitorze Commodore, nie mogłem nadziwić się: dlaczego rozdzielczość jest taka "dziwna"? Wydawało mi się, że jakby nie każda linia obrazu była prawidłowo wyświetlana. Kuzyn wyjaśnił mi, że program w zasadzie wymaga profesjonalnego monitora o wyższej rozdzielczości, ale on uruchamia "emulator", dzięki czemu "Calamus" jest w stanie działać.

Nie dając do końca wiary w te tłumaczenia, szybko zacząłem porównywać program z Atari do mojego amigowego odpowiednika. "Calamus" od zawsze wydawał mi się bardzo nieintuicyjny w obsłudze i prawdę mówiąc takiego go widzę do dziś. Ikony na pasku narzędzi są dla mnie nieczytelne, a układ opcji niepotrzebnie podzielony na wiele elementów wizualnie wyglądających na pochodzące "z innej bajki". Rzecz jasna nie mogłem odmówić programowi użyteczności, bo widziałem, że kuzyn potrafi zrobić na nim całkiem sporo, ale jednak lepszym wzorem funkcjonalności stał się dla mnie "Page Stream". Na Atari podobało mi się jednak, że mimo braku twardego dysku nie trzeba tak często przekładać dyskietek, poza tym widziałem zestawy z bibliotekami gotowych elementów wydawanych w Polsce. Program miał szerokie wsparcie, czego nie można było powiedzieć o produkcie dla Amigi.

To na Atari poznałem też "Deluxe Painta" oraz "NEOchrome", którego cechą charakterystyczną było doczytywanie danych w trakcie wywoływania kolejnych funkcji. Muszę przyznać, że bardzo mnie to denerwowało, szczególnie, że stacja dyskietek w ST nie była zbyt cicha i wolałem zdecydowanie pracę nośnika w mojej 500-tce. Z drugiej strony możliwości graficzne Atari wyglądały na duże, co podkreślała paleta barw widoczna na ekranie. Natomiast "wachlowanie dyskietkami" jak to nazywałem, stało się cechą przypisaną niejako do Amigi i jej systemu operacyjnego. Tłumaczyłem sobie to tym, że do bardziej "zawodowych" zastosowań producent przewidział używanie twardego dysku, a więc po prostu mam zbyt słaby model komputera.

Na Atari bardzo nie podobało się również nazewnictwo plików na modłę "8+3" oraz to, że nie mogę uruchomić konsoli podobnej do "AmigaShell". Kuzyn co prawda pokazał mi dodatkowy program, który miał spełniać podobną rolę, ale był on dużo mniej rozbudowany, poza tym wyłączał całkowicie systemowy blat. Przy wczytywaniu programów pojawiał się charakterystyczny ekran z nazwą pliku w górnej części i znowu - nie można było zrobić nic więcej. Słowem - "przyjaciółka" uwiodła mnie wielozadaniowością, chociaż na małej ilości pamięci często wyskakiwały komunikaty o braku wolnego obszaru.

Moje zainteresowania muzyczne doprowadziły mnie do uruchomienia – wciąż na Amidze - programu "Sound Tracker" i odtworzenia modułu "Axel F" z tematem z filmu "Gliniarz z Beverly Hills". Wtedy wydawało mi się, że brzmi to prawie tak samo jak oryginał. Gdy niedługo potem na ST zobaczyłem program o podobnej nazwie i wyglądzie, chciałem przetestować jego możliwości. Dawał on jednak do dyspozycji tylko trzy kanały, poza tym jakość samplowanego dźwięku nie przekonała mnie do wyższości Atari pod tym względem. To samo zauważyłem w wielu grach, jak na przykład bardzo popularnym "Street Fighterze II", gdzie w momencie odtwarzania efektów dźwiękowych, na jednym kanale zanikała muzyka. Na Amidze ten problem nie występował, przynajmniej porównując te same tytuły.

Był to okres przełomowy, w którym uznałem, że moja Amiga 500 nie ustępuje sprzętowi kuzyna, a w wielu miejscach go przewyższa. Dlatego zacząłem planować jej rozbudowę tak, aby lepiej wykorzystać multitasking oraz programy wymagające większej ilości miejsca na dysku. Porzuciłem na długo myśl o zmianie platformy. W międzyczasie kuzyn rozbudowywał Atari, a potem kupowaliśmy kolejne modele komputerów - wciąż pozostając wierni jednej marce. Aż do pewnego momentu, gdy nasze drogi zaczęły się rozchodzić, a ja zacząłem wyrabiać sobie mało popularne poglądy na cały świat informatyki. O tym opowiem w drugiej części artykułu.

Autor: Adam Zalepa




KSIĄŻKI
Systemy operacyjne
Programowanie
Inne

CZASOPISMA
RetroKomp
K&A plus
Amigazyn
Atari Fan
Amiga NG

OPROGRAMOWANIE
Gry
Programy

Directory Opus

E-BOOKI
RetroKomp
Amigazyn
Amiga NG

Amiga User
RetroKomp English

Systemy operacyjne
Programowanie
Inne

INNE
Regulamin
Napisz do nas







Copyright © 2015-2019
AMIGA.net.pl